ARKADIUSZ WIŚNIEWSKI: „MUZYKA MA MIEĆ TEMPERATURĘ CIAŁA, A NIE ZIMNEGO EKRANU”

W czasach, gdy o losie piosenki coraz częściej decyduje pierwszych kilkanaście sekund, Arkadiusz Wiśniewski świadomie wybiera inną drogę. W projekcie 50/25 stawia na żywe instrumenty, przestrzeń, niedoskonałość i emocje, których nie da się zamknąć w formule krótkiej rolki. Po ponad 25 latach na scenie nie zamierza ścigać się z algorytmami – chce tworzyć muzykę, której trzeba po prostu dać czas. W rozmowie z TERAZ SŁUCHAM opowiada o melodiach zapisywanych w telefonie tuż po przebudzeniu, o własnej definicji organicznego brzmienia, perfekcjonizmie, który potrafi odebrać utworowi prawdę, i o albumie 50/25 pomyślanym jak pełna historia, a nie zbiór przypadkowych singli. Mówi także o tym, dlaczego na scenie nie da się niczego oszukać i co chciałby, żeby usłyszał w jego muzyce ktoś, kto nie zna ani jego nazwiska, ani historii Czerwonych Gitar.

[fot. Marta Murawska]

TERAZ SŁUCHAM: Kiedy zaczynasz pracę nad nowym utworem, co zwykle pojawia się pierwsze: melodia, rytm, pojedynczy dźwięk, konkretna emocja czy może obraz, który później próbujesz przełożyć na muzykę?

Arkadiusz Wiśniewski: U mnie komponowanie niemal zawsze zaczyna się od melodii i harmonii. Melodie przychodzą w bardzo różnych, często codziennych momentach. Czasem pojawia się coś w głowie, kiedy idę ulicą i obserwuję ludzi, a czasem, gdy po prostu siedzę w domu na tarasie. Innym razem wchodzę do studia, siadam do instrumentu, który akurat mam pod ręką, i temat rodzi się sam. Gram na różnych instrumentach, więc raz jest to pianino, raz gitara, a raz basówka. Bywa i tak, że słyszę gotową frazę we śnie albo nad ranem, zanim jeszcze w pełni się obudzę. Jeśli wstanę i nagram ją na dyktafon albo zapiszę mam świetny punkt wyjścia. Zdarza się jednak, że postanawiam jeszcze chwilę pospać, wierząc, że rano wszystko odtworzę, a po przebudzeniu po melodii nie ma już śladu. Podchodzę do tego z uśmiechem i łagodnością, bo wiem, że za chwilę przyjdzie kolejna. Kiedy jednak główny temat jest już złapany, dalszy proces wygląda bardzo różnie. Czasem po chwili mam już gotowy szkic, wizję groove’u, sekcji rytmicznej i cały aranż. Nagrywam wtedy robocze partie basu czy gitary i nierzadko okazuje się, że zostają one w piosence już na stałe, bo mają w sobie tę pierwszą świeżość, której nie da się później lepiej zagrać. Innym razem zapisuję samą linię melodyczną i wracam do niej po jakimś czasie. Przez lata uzbierałem w dyktafonie i w szufladzie naprawdę spory bank takich pomysłów. Przy projekcie 50/25 postanowiłem, że nie chcę ich już dłużej chować dla siebie, tylko chcę dzielić się nimi z publicznością. Jakiś czas temu odbyłem zresztą świetną rozmowę z Markiem Gaszyńskim, który powiedział mi bardzo cenne zdanie: „Jeśli masz gwarancję, że twoje piosenki w szufladzie ktoś usłyszy, to trzymaj je tam dalej”. Te słowa mocno we mnie zostały.

TERAZ SŁUCHAM: Przy projekcie 50/25 bardzo mocno podkreślasz organiczne brzmienie. Co dziś znaczy dla Ciebie „organiczność” w muzyce – żywe instrumenty, sposób nagrywania, niedoskonałość, a może przede wszystkim emocja?

Arkadiusz Wiśniewski: Organiczność to dla mnie przede wszystkim obecność żywego człowieka w dźwięku. Oczywiście składają się na to prawdziwe instrumenty, szlachetne gitary, dźwięk basu, powietrze poruszane przez membrany głośników i rezygnacja ze sterylnego, plastikowego wyrównywania każdego uderzenia do siatki komputerowej. Ale w głębszym sensie organiczność to prawda emocjonalna – zostawienie w nagraniu oddechu, drobnego drżenia głosu czy naturalnego oparcia palca o strunę. W dobie algorytmów i perfekcyjnie wyczyszczonych produkcji to właśnie te ludzkie niedoskonałości sprawiają, że muzyka ma temperaturę ciała, a nie zimnego ekranu.

TERAZ SŁUCHAM: Jesteś nie tylko wykonawcą, ale też kompozytorem i producentem. Czy przy własnym materiale łatwiej podejmować decyzje, bo dokładnie wiesz, czego chcesz, czy przeciwnie – trudniej, bo nie ma nikogo, za kim można się schować?

Arkadiusz Wiśniewski: Kiedy śpiewasz i stoisz na froncie, w ogóle nie ma mowy o jakimkolwiek chowaniu się za czymkolwiek. Tu zasada jest prosta: wychodzisz przed ludzi, śpiewasz i publika albo od razu czuje od ciebie ciepło i dreszcz, albo nie. Lata na scenie i różne doświadczenia życiowe nauczyły mnie, że branie pełnej odpowiedzialności za swoją pracę – czy to w zespole, czy poza nim – to absolutny klucz do sukcesu. Dlatego przy moim solowym materiale jest mi pod tym względem znacznie łatwiej i bardziej przejrzyście. Po ponad 25 latach na estradzie mam jasną wizję brzmieniową – wiem, jak ma siedzieć stopa z basem, jakiej przestrzeni potrzebuje wokal i jakich środków wyrazu chcę użyć. Tutaj każda nuta, każde słowo i każdy detal są podpisane moim imieniem i nazwiskiem. Ta świadomość w ogóle mnie nie paraliżuje – przeciwnie, daje mi ogromną wolność i uczucie, że od początku do końca biorę za swoją sztukę stuprocentową odpowiedzialność na własnych zasadach.

TERAZ SŁUCHAM: „Nocny spacer” jest bardzo oszczędny emocjonalnie – nie krzyczy, raczej stopniowo wciąga słuchacza w swój świat. Czy dziś bardziej interesuje Cię budowanie napięcia detalem niż efektownym refrenem „na pierwsze przesłuchanie”?

Arkadiusz Wiśniewski: Zdecydowanie tak. Zarówno w życiu, jak i w gabinecie terapeutycznym przekonałem się, że najważniejsze rzeczy rzadko wypowiada się krzykiem. Prawdziwa głębia rodzi się w półcieniach, w niedopowiedzeniu, w pauzie. Nie mam dziś potrzeby udowadniania czegokolwiek za pomocą ściany dźwięku czy siłowego wbijania słuchacza w fotel od pierwszej sekundy. Dużo bardziej fascynuje mnie stopniowe otwieranie drzwi – budowanie intymnego napięcia za pomocą miękkiego basu, detalu aranżacyjnego i bliskiego wokalu, który zaprasza do zatrzymania się i wejścia w głąb siebie.

TERAZ SŁUCHAM: Jak wygląda u Ciebie moment, w którym stwierdzasz: „ten utwór jest gotowy”? Łatwo odpuszczasz i zamykasz produkcję, czy należysz do osób, które mogłyby poprawiać jeden detal bez końca?

Arkadiusz Wiśniewski: Kiedyś miałem tendencję do niekończącego się dłubania w śladach i szukania mitycznego ideału. Dojrzałość nauczyła mnie jednak, że perfekcjonizm bywa wrogiem prawdy – jeśli przetrzymasz utwór zbyt długo na stole operacyjnym, wyjałowisz go z pierwotnej emocji. Dziś zamykam produkcję w momencie, gdy słuchając nagrania z zamkniętymi oczami, czuję pod skórą ten sam dreszcz, który towarzyszył mi przy pisaniu pierwszej frazy. Kiedy dźwięk niesie właściwy ładunek emocjonalny i nic w aranżacji nie przeszkadza historii, mówię: „stop, zostawiamy to”.

TERAZ SŁUCHAM: Album 50/25 ma być spójną opowieścią. Jak ważna jest dla Ciebie kolejność utworów i dramaturgia całej płyty? Myślisz jeszcze o albumie jako o historii, której powinno się słuchać od początku do końca?

Arkadiusz Wiśniewski: Jestem wychowany na płytach analogowych i kasetach, których słuchało się od pierwszej do ostatniej minuty, śledząc teksty we wkładce. Dlatego o albumie 50/25 myślę jak o zamkniętym seansie filmowym lub rozdziałach jednej książki. Kolejność jedenastu utworów, które znajdą się na płycie, ma swoją ściśle określoną dramaturgię – są tam momenty gęste i mroczniejsze, ale są też chwile oddechu, radości, światła i nadziei. Nawet jeśli dzisiejszy rynek rządzi się prawami pojedynczych singli i playlist, chcę dać słuchaczowi pełnowymiarową podróż, która wysłuchana w całości na winylu czy płycie CD zostawi go w zupełnie innym miejscu niż na początku.

TERAZ SŁUCHAM: W czasach, kiedy muzykę często ocenia się po pierwszych kilkunastu sekundach, Ty stawiasz na utwory, które mają klimat i potrzebują chwili. Masz w sobie pokusę dostosowywania muzyki do współczesnych sposobów słuchania czy świadomie się temu opierasz?

Arkadiusz Wiśniewski: Świadomie się temu opieram, bo ściganie się z algorytmami czy trendami piętnastosekundowych rolek w wieku pięćdziesięciu lat byłoby z mojej strony po prostu nieuczciwe. Muzyka, którą tworzę w ramach projektu 50/25, jest skierowana do ludzi wrażliwych, poszukujących w sztuce wytchnienia od informacyjnego hałasu. Wierzę, że wciąż istnieje ogromna grupa odbiorców, którzy są zmęczeni powierzchownością i tęsknią za piosenkami, którym trzeba dać trzy czy cztery minuty uważności. Nie chcę skracać wstępu tylko po to, by ktoś nie przewinął utworu kciukiem na ekranie telefonu.

TERAZ SŁUCHAM: Jakiego elementu własnego brzmienia pilnujesz najbardziej? Jest coś, po czym chciałbyś, żeby słuchacz po kilku sekundach mógł powiedzieć: „to jest Arkadiusz Wiśniewski”?

Arkadiusz Wiśniewski: Najbardziej pilnuję relacji między ciepłym, śpiewnym dołem gitary basowej a bliskością wokalu. Bas w moich utworach nigdy nie jest tylko technicznym fundamentem rytmicznym – staram się, by prowadził własną, miękką narrację melodyczną, inspirowaną szkołą Paula McCartneya czy Jaco Pastoriusa. Drugim takim podpisem jest przestrzeń i barwa głosu podana bardzo blisko ucha słuchacza, bez chowania się za nadmiarem pogłosów. Chciałbym, żeby po kilku taktach było słychać ten specyficzny, kojący puls i szlachetną przestrzeń.

TERAZ SŁUCHAM: Projekt 50/25 powstaje jako materiał studyjny, ale muzyka ostatecznie zaczyna żyć własnym życiem na scenie. Myślisz już o tym, jak te utwory będą brzmiały koncertowo i czy ich wersje live mogą różnić się od nagrań?

Arkadiusz Wiśniewski: Myślę o tym od samego początku, bo żywioł sceniczny jest dla mnie absolutnie kluczowy. Jestem ogromnym zwolennikiem weryfikacji, jaką daje wyjście na estradę. W studiu nagraniowym można dziś zastosować rozmaite sztuczki i zabiegi produkcyjne, ale na scenie muzyk staje przed ludźmi w pełnej prawdzie. Pokazujesz dokładnie tyle, ile masz w sobie do zaoferowania, i to stanowi o twojej prawdziwej wartości. Wychodzisz przed publiczność i albo zaśpiewasz tak, że sala odpowiada mega entuzjastyczną owacją – jak np. wczoraj na koncercie po moim wykonaniu utworu „Lecz tylko na chwilę” – albo ludzie pozostają obojętni, a brawa są od niechcenia. Nie ma nic pomiędzy, tu nie da się niczego oszukać. Dlatego bardzo mi zależy, żeby utwory z projektu 50/25 nie były na koncertach tylko sztywnym odegraniem płyty nuta w nutę, ale dostały na żywo potężny ładunek energii, przestrzeni i autentycznych emocji, które głęboko poruszą słuchaczy.

TERAZ SŁUCHAM: Za kilka lat ktoś może trafić na 50/25 zupełnie przypadkiem, bez znajomości Twojej historii i bez kontekstu Czerwonych Gitar. Co chciałbyś, żeby usłyszał w tej płycie przede wszystkim – dobrego autora piosenek, konkretne emocje, własne brzmienie czy po prostu prawdziwego człowieka po drugiej stronie muzyki?

Arkadiusz Wiśniewski: Najpiękniejszą nagrodą będzie dla mnie sytuacja, w której ten słuchacz po prostu usłyszy po drugiej stronie głośnika żywego, prawdziwego człowieka i pomyśli: „Ten facet śpiewa o mnie, rozumie to, przez co przechodzę”. Dobre rzemiosło kompozytorskie i szlachetne brzmienie są niezwykle ważne, ale są tylko narzędziami do przekazania prawdy. Jeśli ktoś bez znajomości mojego życiorysu i dorobku poczuje dzięki tej płycie, że w swojej radości, szczęściu, samotności, bezsenności czy życiowych zakrętach nie jest sam – to znaczy, że projekt 50/25 spełnił swoje najważniejsze zadanie.

Z pozdrowieniami

Arkadiusz Wiśniewski

TERAZ SŁUCHAM “Nocny spacer”

SUBSKRYBUJ I NIE PRZEGAP MUZYCZNYCH NOWOŚCI:

Spotify | YouTube

ARKADIUSZ WIŚNIEWSKI W SOCIAL MEDIACH:

Facebook | Instagram | X / Twitter | TikTok | WWW | Gabinet | Wikipedia

Leave a Reply